Sześciu podróżników - Rathor, Dorlivin, Zaira, Kraghul, Jaithe i Zakareth przestąpiło próg Lwiej Loży po raz ostatni. Mroźna noc była oświetlana jasno przez księżyc, którego blada poświata iluminowała srebrne szczyty Obłędnych Gór, zatrzymując się dopiero na ścianie czarnego lasu. Zdawało się być złym omenem pozostać w domu myśliwskim rodu Ponurorytu, szczególnie teraz, po zobaczeniu szalejących płomieni i szponów, które zawlokły Auldegrunda przed oblicze jego pana.
Szóstka poczęła zatem schodzić szparko ze wzniesienia, mając się na baczności. Paru z nich spojrzało jeszcze za siebie: rzecz dziwna, tam, daleko, w otwartych drzwiach Loży, zapaliło się jeszcze parę płomieni, a czarny dym z bramy wejściowej rzygał czarnymi chmurami w czyste niebo. Nie… Lepiej było nie zostawać.
Szli zatem. Cisza w górach zdawała się być przerywana jeno wyciem wiatru i rytmicznym chrupaniem śniegu. Czasem jakiś kamień lub też kawałek lodu odłamał się i, wirując, wpadał w czeluść uskoku skalnego, wydając parę tykających dźwięków, które kończyły się głośniejszym trzaskiem. Kiedy indziej, jakiś kamień prysnął gdzieś ponad nimi, odbijając się echem.
Wreszcie, jakieś pół godziny później, bór zgęstniał znacznie, zaś szlak począł wić się zygzakiem między półkami skalnymi. Był to ostatni moment, by spojrzeć na Lwią Lożę - z daleka wydawało się, że ogień, zamiast maleć, wewnątrz wydawał się rosnąć i… Cóż, czy zdawało się, że przy dźwierzach do wewnątrz stał ktoś? Jakiś zarys ciemnej, nienaturalnie wysokiej sylwetki zamajaczył przed kamiennymi licem.
Lub też, może była to iluzja, którą dokonał dystans i góry?
Lwia Loża zniknęła w gęstwinie drzew.
~
Wędrówka zaprowadziła sześciu do stóp Obłędnych Gór, choć podgórze ciągnęło się małymi pagórkami przez znaczny czas jeszcze. Po około pięciu godzinach nerwowej marszruty, gdzie każdy co pewien czas oglądał się za siebie, grupa znalazła mały, niepozorny gaj, który był naturalnie osłonięty przez formacje skalne od głównego traktu. Wewnątrz znajdowała się - o dziwo! - całkowicie pusta grota, która, choć w połowie zalana była mulistą wodą, zapewniała schronienie przed ustawicznym, kąsającym wiatrem.
~
Popas w zimnej grocie był niespokojnym czatowaniem, jako że rubieże Varisii znane były ze swego zwykłego niebezpieczeństwa od wszelakich istot, które tutaj bytowały. Pomimo tego, potrzeba było odpocząć nieco, aby podjąć dalszą podróż.
Grota na szczęście okazała się być najzwyklejszym otworem w ziemi. Jej otwór wypadał na małą polanę, w której hulające wichry zdawały się wyprawiać najfantastyczniejsze zwroty, wzbijając czasem tumany śniegu, które, jak rój srebrnych iskier skrzesanych z lodowatego gruntu, zakręcały się w małe trąby powietrzne, by wreszcie upaść z powrotem na ziemię lub też zniknąć w mroku linii drzew. Wiatr nie sięgał jednak do jej ciemnego wnętrza. Gdyby nie te przeklęte kałuże, od których ciągnęły zimno i wilgoć, byłoby tutaj całkiem przytulnie.
Podczas popasu Dorlivin nie odzywał się niemal wcale. Magiczny twór Auldegrunda wydawał się być w głębokim szoku - nie jednak z ponurego finału, który czekał starego diabolistę, a z tego, że Dorlivin przeżył to wszystko. Perspektywa rychłej śmierci towarzyszyła mu tak długo, że wydostania się z Lwiej Loży krasnolud nawet nie brał w rachubę. Zaira i Kraghul złapali raz mamroczącego do siebie Dorlivina, który stał na warcie.
– I cóż… Teraz… Kim… Dokąd…? – szeptał Dorlivin do siebie, dla którego, na podobieństwo więźnia wypuszczonego z lochu, perspektywa wolności zdała się gorsza od więzienia.
Rathor, przeciwnie. Kiedy tylko ork nieco wypoczął i pozwolił opatrzyć swoje rany, wydobył nie wiadomo skąd wielką flaszę miodu pitnego, choć i zainteresował się także whisky w rzeźbionej na podobieństwo głowy diabła flaszy, którą podróżnicy znaleźli w sanctum Auldegrunda. Począł z nich pociągać sążniście. Kiedy nie przeszkadzał mu jego srogi kaszel, ork snuł długie opowieści o swych przygodach w Belkzen. Rathor szczególnie rad był powracać pamięcią do swych tułaczek w okolicach Krwawych Równin i miasta Urgir. Ork z lubością przechwalał się swą siłą i ile bitek przeżył na ulicach miasta, choć gawęda często zbaczała też na temat jego tułaczek w okolicach starego zamku, ponoć zlokalizowanego na zachód od Urgir, którego nazwy ork nie znał, a gdzie Rathor i jego towarzysze ścierali się na śmierć i życie z plemionami Shoanti.
~
W grocie zabawili dłuższy czas, aż do ranka, żeby podjąć marsz raz jeszcze. Choć zimny miesiąc Neth trzymał swoimi mroźnymi szponami całą krainę, im niżej zeszli, tym bardziej szlak stawał się znośniejszy, zaś wicher malał na sile. Po paru dniach wreszcie, pod wieczór, zobaczyli światła lamp sioła, obok którego podróżowali wcześniej.
Tam, zaopatrzywszy się odpowiednio i zapłaciwszy złotem znalezionym w Lwiej Loży, wypuścili się już na południe, prosto do Korvosy.
[image: image.png]
KONIEC